DZIENNIK PODRÓŻY – FLORENCJA 2025 (CZYLI O TYM, ŻE MINDFULNESS CZASEM PRZEGRYWA Z TIRAMISU)

Dzień 1 – Podróż, która jest otwarciem

Ta podróż zaczęła się od rzeczy bardzo prozaicznej: plecaków.

Plecaków, które uparcie twierdziły, że są „podręczne”, i nas, które uparcie udawałyśmy, że w to wierzymy.
Cztery warstwy ubrań na sobie były pierwszym nieformalnym warsztatem z uważności: czujesz wszystko — każdy rękaw, każdą kieszeń i każdą decyzję, którą podjęłaś pakując się „lekko”.

Z Lublina przez Warszawę dotarłyśmy do Bolonii, gdzie kawa na głównym placu była bardziej rytuałem niż potrzebą.
Potem szybki pociąg do Florencji — klasyczne Erasmusowe cardio, zanim jeszcze ktoś zdąży powiedzieć „weź głęboki oddech”.

A wieczorem… pierwsza kolacja.

Pizza i pasta przywitały nas tak, jak potrafią tylko Włosi:
„siadaj, jedz, nie kombinuj”.

I w tym jednym zdaniu zawierała się cała filozofia dobrostanu.

Dzień 2 – Florencja – miasto, które nie daje się oglądać „po trochu”

Pierwszy dzień kursu był jak wejście w równoległą rzeczywistość.

Z jednej strony — zabytki, światło, architektura, kawa, która działa szybciej niż motywacja w poniedziałek rano.
Z drugiej — ludzie z siedmiu krajów i próba zapamiętania imion, która po trzeciej osobie kończy się subtelnym „bufferingiem” mózgu.

Rozmowy o well-beingu szybko przestały być teorią.
Każdy widział coś trochę innego, ale wszyscy czuli, że dotykamy czegoś ważnego.

A potem wyszłyśmy w miasto.

I wtedy Florencja zrobiła to, co robi najlepiej — wciągnęła nas bez pytania o zgodę.

Katedra Santa Maria del Fiore, Ponte Vecchio, światło odbijające się od kamienia, złoto, które świeci trochę za bardzo… i gelato, które przywraca równowagę świata.

Dzień 3 – Mindfulness w praktyce (czyli ciało mówi „tak”, głowa mówi „jeszcze chwilę”)

Poranne jogi i medytacje miały w sobie coś bardzo szczerego.

Ciało od razu wiedziało, co robić.
Głowa potrzebowała chwili, żeby się z tym pogodzić.

Poznałyśmy definicję uważności według Kabat-Zinna, ale dużo ważniejsze było to, co wydarzyło się chwilę później.

Nożyczki, klej, gazety.

Tworzyłyśmy kolaże i mapy myśli, szukając sensów w kilku językach jednocześnie.
To był moment, w którym wszystko zaczęło się układać — nie tylko na papierze.

A potem pojawiło się pytanie bardzo praktyczne:
jak zmieścić karton A3 do plecaka wielkości kartki xero?

Do dziś nie mamy jednoznacznej odpowiedzi.

Dzień 4 – Uffizi – czyli moment, w którym przestajesz tylko patrzeć

Galeria Uffizi była doświadczeniem… intensywnym.

Najpierw tłum przy Wenus Botticellego — poziom „koncert stadionowy”, gdzie walczysz o miejsce i kąt do zdjęcia.
A potem druga Wenus — cisza, przestrzeń, czas.

I nagle wszystko zwalnia.

To był jeden z tych momentów, kiedy przestajesz robić zdjęcia.
Zaczynasz po prostu patrzeć.

I czujesz.

Dzień 5 – Uważność, która dzieje się naprawdę

Kolejne dni przynosiły coraz więcej praktyki.

Medytacje na leżąco (najbardziej przekonująca forma rozwoju osobistego), uważne słuchanie, rozmowy, w których naprawdę jesteś, a nie tylko czekasz na swoją kolej.

Spacer w ogrodach różanych przy placu Michała Anioła był jednym z tych momentów, w których trudno zdecydować, czy wyciągnąć telefon, czy po prostu zostać.

A potem Dawid.

I to poczucie, że stoi przed tobą ktoś, kto ma wszystkie granice świata ustawione idealnie — i jeszcze wyrzeźbione w marmurze.

Dziń 6 – Mindfulness vs tiramisu (pojedynek nierówny)

Rozmawiałyśmy o uważności w organizacjach, o pracy z ludźmi, o tym, jak wyglądałby świat, gdybyśmy naprawdę robili pauzę przed reakcją.

A potem pojawiło się tiramisu.

I nagle teoria musiała się trochę dostosować.

Bo uważność jest ważna.
Ale są momenty, w których trzeba po prostu… zjeść deser.

I zrobić to dobrze.

Dzień 7 – Grupa, która przestaje być przypadkowa

Z dnia na dzień zaczęło dziać się coś, czego nie da się zaplanować.

Grupa zaczęła się domykać.

Poranne spotkania, wspólna praca, rozmowy, śmiech — wszystko zaczęło mieć swój rytm.
Zaczęłyśmy być bardziej uważne na siebie nawzajem.

I to był jeden z najważniejszych efektów tego wyjazdu.

Bo bez tego nie ma ani uczenia się, ani zmiany.

Na koniec — Chianti.

Winnice, widoki, zachód słońca i moment, w którym wszystko się zatrzymuje.

I nagle okazuje się, że dobrostan nie zawsze jest skomplikowany.

Czasem to jest po prostu:

bycie
oddech
ludzie

Dzień 8 – Powrót, który coś zostawia

Powrót miał w sobie coś cichego.

Ciało wracało do Polski.
Ale głowa jeszcze przez chwilę była we Florencji.

W samolocie zrobiłyśmy listę tego, co zabieramy:

narzędzia
inspiracje
ludzi
śmiech
sztukę

I jedno bardzo ważne zdanie:

uważność to nie perfekcja.
To praktyka.

Ten wyjazd był częścią projektu
„Otwórz się na/przez sztukę – nowe kompetencje”
realizowanego w ramach programu Erasmus+ (Edukacja dorosłych)
(01.08.2024 – 31.01.2026)

I jak to w Erasmusie — chodziło o coś więcej niż podróż.

Chodziło o zmianę.

Co zostaje?

Zostają konkretne rzeczy:

  • nowe narzędzia pracy
  • większa świadomość siebie i innych
  • lepsze rozumienie dobrostanu
  • doświadczenie pracy w międzynarodowej grupie

Ale zostaje też coś trudniejszego do opisania:

więcej spokoju
więcej uważności
więcej odwagi, żeby działać inaczej

Bo ostatecznie…

ten wyjazd nie był tylko o tym, czego się nauczyłyśmy.

Był o tym, jak zaczęłyśmy patrzeć.